dzielnica fikcji

5 powodów, dla których warto przeczytać „Opowieść o dwóch miastach” Dickensa

8 grudnia 2016

Od dawna trudno było zdobyć „Opowieść o dwóch miastach” Dickensa, ucieszyłam się więc niezmiernie na wieść o nader pożądanym wznowieniu. Cieszę się tym bardziej, że to jedna z mniej typowych powieści Dickensa, którą w dodatku czyta się naprawdę doskonale. Wciągająca fabuła, a także długie i ciemne wieczory, która jakoś tajemniczo sprzyjają lekturze opasłych tworów epoki wiktoriańskiej, powinny wystarczyć, żeby was zachęcić do sięgnięcia po tę książkę. Jeśli jednak nie jesteście przekonani, czy taka staroświecka przecież powieść to coś dla was, przeczytajcie, dlaczego jeszcze warto się przełamać!

1. Pierwsze i ostatnie zdanie to jedne z najbardziej znanych początków i zakończeń w historii literatury.

Pierwsze zdanie „Opowieści o dwóch miastach” jest tak dobrze znane i tak często cytowane, że mogliście na nie trafić, nie wiedząc nawet, że otwiera ono powieść Dickensa. Trochę szkoda, że Tadeusz Jan Dehnel, tłumacz, zdecydował się z jednego długiego zdania zrobić kilka krótszych. Bez wątpienia po polsku brzmi to lepiej, ale jednak w analizie znaczenia tego wyjątkowo rozbudowanego, pierwszego zdania, nieco to przeszkadza. Obie wersje są jednak intrygujące:

Była to najlepsza i najgorsza z epok, wiek rozumu i wiek szaleństwa, czas wiary i czas zwątpienia, okres światła i okres mroków, wiosna pięknych nadziei i zima rozpaczy. Wszystko było przed nami i nic nie mieliśmy przed sobą. Dążyliśmy prosto w stronę nieba i kroczyliśmy prosto w kierunku odwrotnym. Mówiąc zwięźle, były to lata tak bardzo podobne do obecnych, że niektórzy z najhałaśliwszych znawców owej ery widzą w niej dobro i zło takie samo jak dzisiaj, tylko w nieporównanie wyższym stopniu.

W oryginale:

It was the best of times, it was the worst of times, it was the age of wisdom, it was the age of foolishness, it was the epoch of belief, it was the epoch of incredulity, it was the season of Light, it was the season of Darkness, it was the spring of hope, it was the winter of despair, we had everything before us, we had nothing before us, we were all going direct to Heaven, we were all going direct the other way – in short, the period was so far like the present period, that some of its noisiest authorities insisted on its being received, for good or for evil, in the superlative degree of comparison only.

Nie jest to tylko przypadkowe nagromadzenie hiperboli. Cała powieść zbudowana jest wokół takich zestawień i kontrastów. Akcja toczy się w dwóch metropoliach, w Londynie i w Paryżu, będących swoim przeciwieństwem. W obu miastach toczy się historia, jednak to w Paryżu wybucha Rewolucja. Bohaterowie Dickensa to, jak zwykle zresztą, przedstawiciele różnych klas społecznych, reprezentujący skrajnie różne postawy. Ich poglądy bywają całkowicie odmienne, podobnie jak temperament. Spotykają ich rzeczy straszne i piękne, a lektura powieści to także swoista huśtawka, nawet (a może zwłaszcza) obecnie. Momentami akcja wciąga nas bezlitośnie, ale chwilę potem natrafiamy na trzy strony rozważań odautorskich i zastanawiamy się, czy na pewno damy radę przeczytać całość (dacie, rozważania można szybko przeskoczyć, a akcja toczy się wartko). To rozwlekłe, a zarazem wyjątkowo wpadające w ucho pierwsze zdanie jest doskonałym wprowadzeniem w powieść.

2. Jak na Dickensa, jest to dość nietypowa powieść.

Może to być zarówno plusem, jak i minusem. Z jednej strony, chcąc zawrzeć znajomość z tym najważniejszym chyba angielskim pisarzem wiktoriańskim, powinniśmy przeczytać coś typowego. Z drugiej, czytelnik, który zna już przykładowo Olivera Twista i może Davida Copperfielda, może sięgnąć po „Opowieść o dwóch miastach” bez obaw, że się znudzi. Nie jest to też zła książka na początek, przede wszystkim dlatego, że jest, jak na Dickensa oczywiście, wyjątkowo zwięzła! Wiem, patrząc na ten całkiem pokaźny tom, możecie się zdziwić, ale ma on niecałe 600 stron. Akcja toczy się dość wartko, a liczba postaci jest rozsądna. Nie ma też wielu wątków pobocznych, to po prostu zwarta, wciągająca opowieść o kilku konkretnych bohaterach. Oczywiście, napisano ją dość dawno temu, w stylu tamtej epoki, zdarzają się więc fragmenty będące z naszego punktu widzenia dłużyznami. Nie ma ich jednak aż tak wiele i mają także sporo uroku.

Pewnym minusem może być brak humoru, który ożywia większość powieści Dickensa. „Opowieść o dwóch miastach” utrzymana jest w poważnym tonie, jest to jednak powieść tak nasycona dramatycznymi wydarzeniami, że chyba nie da się odczuć braku scen humorystycznych. Tylko zestawiając ją z innymi książkami autora zauważamy, że nieco się od większości z nich różni. Trudno też za to autora nie podziwiać – wypracował już sobie przecież styl, który doskonale się sprawdzał. Mógł ulec pokusie i wyprodukować kolejną, podobną do poprzednich powieść. Oparł się i spróbował czegoś innego, z sukcesem!

3. Obraz Wielkiej Rewolucji Francuskiej jest nad wyraz malowniczy.

Sądzę, że wielu Brytyjczyków właśnie na „Opowieści o dwóch miastach” opiera swoją wizję Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Rewolucja wydaje się tu czymś, czego nie dało się powstrzymać, rzeką, która porywa całą Francję i naszych bohaterów przy okazji. Jest krwawa i brutalna, ale bez wątpienia fascynująca. W dodatku akcja powieści zaczyna się na długo przed wybuchem Rewolucji, tym samym więc czytelnik ma okazję prześledzić wydarzenia, która go niej prowadziły i z tym większą grozą czekać na to, co nieuchronnie nadejdzie.

4. Dwaj bohaterowie płci męskiej intrygująco się uzupełniają.

Główną bohaterką jest niejaka Lucie, istota śliczna, dobra i niewinna, a przy tym oczywiście raczej nudna. Na szczęście w komplecie z Lucie występują dwaj zakochani w niej panowie, Anglik i Francuz. Karol Darnay i Sidney Carton są jak dwie strony monety. Jeden z nich jest dobry i nudny, drugi ma charakterek, ale zboczył na manowce. Literaturoznawcy dopatrują się w nich dwóch stron charakteru samego autora, zwłaszcza że pierwsze litery ich nazwisk tworzą inicjały Dickensa.

Lucie także ma swoje odbicie w krzywym zwierciadle. Niejaka pani Defarge jest dużo ciekawszą bohaterką, nie będę jednak zdradzać na jej temat zbyt wiele. Jestem jednak przekonana, że wywrze na was wrażenie.

5. Zakończenie.

Musicie mi uwierzyć na słowo albo dać sobie zepsuć lekturę moimi wyjaśnieniami. Nie zacytuję więc nawet słynnego ostatniego zdania – i tak zwrócicie na nie uwagę. Być może wyda się wam zbyt egzaltowane. Ale jeśli dacie się uwieść „Opowieści o dwóch miastach”, kupicie całość wraz z zakończeniem i ostatnim zdaniem!

Dickens się zestarzał z wdziękiem, a zimowe wieczory ten wdzięk potęgują. Warto wybrać się z nim w podróż do osiemnastowiecznego Londynu i Paryża, albo przeczytać jakąś inną jego książkę. Jego książki są jak ciepły koc i kubek z herbatą, kiedy wracacie do wyziębionego domu.

 
Charles Dickens "Opowieść o dwóch miastach"
Tłum. Tadeusz Jan Dehnel
Wydawnictwo Zysk i S-ka 2016

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply